

Bike Orient to rowerowy maraton na orientację (RMnO). W tej dziedzinie nikt z Mar&Partners Race Team nie jest wybitnym specjalistą. Czy rzeczywiście nikt? Jest Paweł, który.. organizował te zawody, więc sam nie mógł startować. Do Ręczna (40 km na SE od Piotrkowa) wybraliśmy się w licznym składzie: Ania, Kinga, Łukasz, Mariusz, Przemek i ja, czyli Marcin W.
Wcześnie rano pogoda dopisywała - nie padało. Niestety zaraz za Łodzią pojawiła się mgła, później mżawka, a przed samym Ręcznem ogromna ulewa. Wycieraczki samochodowe nie nadążały z odprowadzaniem wody z przedniej szyby! W deszczu przyszło nam również przygotować sprzęt oraz siebie do startu. O godzinie 9-tej dostaliśmy mapy, 10 minut później wystartowaliśmy. Ja połączyłem swoje siły z Marszałem (co później odczułem w nogach :-)), więc teoretycznie mieliśmy szansę na przyzwoity wynik.
Start i ruszyliśmy! Na początek pierwsza, północna pętla, czyli według orgów około 65 kilometrów w optymalnym wariancie. Jedziemy na PK9 asfaltem (mokro), później skrótem przez las (jeszcze bardziej mokro). Tu zaczynają się moje problemy z mapnikiem, który spadł z kierownicy. Na razie kręcimy w miarę spokojnie, choć prędkość trzyma się powyżej 30 km/h. Z PK9 uderzamy na 7-kę i tu dopiero zaczyna się mocna jazda. Ze względu na warunki (wszędzie mokro, w lesie nawierzchnia mocno trzyma) jedziemy asfaltem. Mariusz dyktuje mocne tempo. Na pierwszych kilometrach jest to 38-40 km/h, a przecież jedziemy na góralach! Czymś w końcu trzeba nadrobić braki w umiejętnościach nawigacyjnych. 7-ka zabiera nam sporo czasu, mimo że wjeżdżamy na nią od dobrej strony. Jeśli nadjechalibyśmy ze złej strony do przebrodzenie byłoby bagno! Sporo kręcimy się po krzakach, lecz udaje się odnaleźć lampion. Dalej jedziemy na 4-kę, którą zaliczamy bez problemu. Następną, 2-kę, czyli punkt na wale wydmowym również zdobywamy bez kłopotu. Mariusz już uspokoił tempo - mimo wiatru, na asflatach trzyma tempo 36-38 km/h. Ja skupiam sie tylko na tym, aby nie spaść z koła, nie czaruję już ze zmianami :-). Gdy znów spada mi mapnik i muszę stanąć, Mariusz zauaża, że nie ma mnie na kole dopiero po 400 metrach..
Z PK 2 jedziemy na PK6, czyli przeprawę przez Pilicę. My wybraliśmy wariant bez moczenia się. Rzekę pokonujemy najprawdziwszą, rzeczną krypą. Krótki posiłek na punkcie regeneracyjnym i ruszamy dalej. Znajdujemy 3-kę (straciliśmy ok. 20 minut, mimo że na punkcie był doskonale widoczny trójkąt triangulacyjny) i 8-kę. Dalej uderzamy na PK 10. Tu był nasz nawigacyjny popis. Moja mapa już dawno zamokła i nie nadaje się do użytku. Cała odpowiedzialnośc nawigacyjna spoczywa na Mariuszu. 10-tka to punkt w środku piaszczystego lasu, w miejscu gdzie krzyżuje się masa dróg. Błądzimy długo i konsekwentnie. W akcie desperacji Marszał wyciąga asa z rękawa, czyli kompas. To też niezbyt pomaga. Pojawia się rezygnacja. Gdy w pobliżu zaczyna kręcić się grupka innych zawodników, za ich pomocą docieramy, gdzie trzeba. W końcu!
Zostają nam dwa punkty I-ego etapu. Na 5-kę docieramy dość sprawnie, mimo że wcześniej przejeżdzam na przełaj całą łąke, bo zamiast lampion odnajduję białe wiaderko powieszone na drzewie. Znowu przekraczamy Pilicę, znowu na sucho, tym razem po kładce, która nie wzbudza zbytniego zaufania. Wygląda jakby miała się rozpaść. Ruszamy na 1-kę. Bardzo szybki przelot, podbicie karty i na metę. Mimo, że na trasie mijamy konkurentów w tempie zdecydowanie ekspresowym, to problemy z nawigacją niewelują naszą przewagę.
Na mecie dowiadujemy się, że mamy ex aequo 3 miesce na krótszej trasie (choć zrobiliśmy 85km, zamiast 65). Ja już wiedziałem, że ze względu na maraton w Chlewiskach, który miał być następnego dnia, nie jadę II-ego etapu. Mariusz się wahał, ale też odpuścił. Reszcie ekipy poszło lepiej od nas: Kinga zajęła 1-sze miejsce, a Ania drugie na trasie krótszej. Gratulacje! Pixon dzielnie walczył z czasoprzestrzenią i pojechał na drugą pętlę. Przemek towaryszył Kindze na trasie.
